Choroszcz.pl
Choroszcz.pl Choroszcz.pl Choroszcz.pl Cyfrowy Urząd Krajowa mapa zagrożeń bezpieczeństwa Fundusze UE Biuletyn informacji publicznej Decycyjmy razem
Choroszcz.pl

Życie barwne jak akwarele

2006-11-22

"Człowiek mojej daty postrzega świat inaczej. Przywiązuje się do miejsc, w których przyszło mu spędzić kawałek życia. Nabiera do nich szczególnego sentymentu. Trzymając w ręku pędzel i ołówek utrwalam najpiękniejsze wspomnienia staram się chwytać rzeczy i chwile ulotne. Jest jeszcze tak dużo do zrobienia, a czasu jakby coraz mniej. Dlatego też nigdy nie rozstaje się ze szkicownikiem. A wszystko to z myślą o innych ..."

Albin Waczyński ma 69 lat, urodził się pierwszego czerwca 1929 roku, w Choroszczy, obecnie mieszka w Białymstoku. Lekarz psychiatra, absolwent Akademii Medycznej w Białymstoku - chirurg internista, niegdyś nauczyciel rysunku i prac ręcznych w Liceum Pedagogicznym w Białymstoku. Ukończył Wydział Architektury na Politechnice Warszawskiej - uzyskując tytuł specjalisty budowy zakładów służby zdrowia, jako jedyny lekarz w województwie białostockim Ale Albin Waczyński to przede wszystkim artysta malarz, głównie akwarelista. Zaczynał jako amator, a uprawnienia artysty plastyka uzyskał w roku 1985, przedstawiając dorobek swoich prac, przed Komisją Kwalifikacyjna Ministerstwa Kultury i Sztuki

Osiemnaście lat temu miał wypadek samochodowy, w którym doznał złamania kości udowej. Od tego czasu chodzi o kulach. Mimo siedmiu operacji, w wyniku których, w biodro wmontowano mu pięć śrub, a lewą nogę ma o sześć centymetrów krótszą, diagnoza nadal brzmi: "brak zrostu". On jednak jest pełen werwy życiowej, optymizmu. O sobie mówi "Jestem pełnosprawnym człowiekiem, wypadek mnie nie załamał. Byłem sportowcem, mam silne ręce i to mnie ratuje" Nadal robi to, co do niego należy - maluje. Nie użala się nad sobą, jest człowiekiem twardym zawdzięcza to sportowi i wychowaniu rodzinnemu. Nie może w pełni sprawnie chodzić, wsiada więc do swego trabanta wyjeżdża w teren i maluje w samochodzie Trabant stał się jego pracownią.

Gdy leżał w szpitalu w Otwocku, czekając na piątą z kolei operację kości udowej otrzymał-list, od swego dawnego profesora: " Broń Boże panie Albinie załamać się psychicznie. Ma pan zdrowe ręce, zdrowe oczy. Najlepsze prace tworzą właśnie ludzie chorzy, ludzie po wypadkach".

- Na oddziale ortopedii w Otwocku, od osiemnastego stycznia do pierwszego czerwca namalowałem w łóżku ponad sześćdziesiąt akwarel- Pan profesor Lebkowski zorganizował mi wtedy wystawę w szpitalu PSK w Białymstoku i powiedział, że to pierwszy przypadek, iż połamany, bez zrostu, z takimi bólami namalował tyle obrazów i o dziwo, nie w jakichś ciemnych kolorach, ale jasnych. Te wszystkie akwarele były kapitalne. Pomimo swego wieku i niepełnosprawnych nóg, nadal jest rześki, wciąż uśmiechnięty energiczny, emanuje od niego siła, chęć życia. Od wielu lat jest prezesem i honorowym członkiem Białostockiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych.
*****
- Patrząc na mnie powiada się, skąd u mnie tyle optymizmu, wciąż jestem uśmiechnięty i gdyby nie te kule, to całkiem do rzeczy ze mnie facet. Za gruby tylko jestem. Zacząłem tyć jak się ożeniłem, mniej sportu, więcej miłości, a to nie idzie w parze z figurą. Ponadto tycie spowodowane jest również moim zaawansowanym stanem cukrzycowym.

Ma ponad sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, gęste, choć siwe już włosy, jasnoniebieskie pełne optymizmu oczy. Na swoich akwarelach utrwala odchodzące obrazy Białegostoku, rodzinnej Choroszczy i okolic. W ten sposób chce zatrzymać rzeczy odchodzące, a tak mu bliskie. Pokazuje akwarele z ginącymi fragmentami białostockich dzielnic, o starej, drewnianej zabudowie. Próbuje i innej tematyki. Namalował wiele pejzaży starych polskich miast, jak też akwarele z wyjazdów za granicę: Bułgaria, Węgry, Rumunia, USA. W swych pracach uzyskuje efekty charakterystyczne dla kolorowej grafiki, tonacje jasne, pastelowe, o miękkich, subtelnych rysach.

Bardzo precyzyjnie istotę twórczości tego artysty oddają słowa zawarte w zdaniu T. Wiśniewskiego, pochodzące z książki "Bożnice Białostocczyzny": "Okrutne wydaje się doświadczenie historii, które po każdej większej zawierusze przypomina historykom sztuki, architektom, malarzom, rysownikom i fotografom, potrzebę pilnej rejestracji wszystkich zabytków architektury, nawet tych wydawałoby mało interesujących i mniej reprezentatywnych Dopiero kolejne pożogi uświadamiają nam, jak w gruncie rzeczy niewiele zrobiono w tej materii".

Moim zamiłowaniem malarskim zawdzięczam to, że mogę prezentować wiele prac, przybliżając w ten sposób nasze miasto, okolice i jego historię młodszemu pokoleniu, które zna Białystok, ale zupełnie inny, niż ja go pamiętam. W moich pracach każdy znajdzie cząstkę swej historii, a może i siebie, swoje podwórko i myślę, że będzie zadowolony"

W domu, jego pracownią jest wysuwany stół, umocowany przy regale. - Tu powstaje jeden obraz, dwa lub parę w ciągu dnia, jak mam wenę. Nigdy nie pragnąłem sławy, podziwu, wielkiej kariery, czy też dużych pieniędzy. Maluję dla własnej potrzeby, do teczek, dla rodziny. Moja córka wyszła za mąż i od razu zabrała ode mnie sporo akwarel zawiesiła nimi całe ściany mieszkania, podobnie syn ... A ja ciągle maluję, maluję... Olejem mniej, akwarelą przede wszystkim

Farby olejne bardzo brudzą, poza tym ich intensywny zapach wymaga, by malarz miał przeznaczoną do tego, odpowiednią pracownię. To dla Albina Waczyńskiego, ze względu na jego niepełnosprawność jest zbyt uciążliwe, stąd też preferuje on akwarele, a nie olejne farby. Choć oczywiście w ogromnym zbiorze swoich prac, posiada również sporo obrazów olejnych Dużo malował "olejem" podczas pobytu w USA, gdzie wyjechał na zaproszenie cioci.

- Była akurat jesień, a w USA jest ona bajecznie kolorowa. Takich kolorów, roślin, to u nas w Polsce nigdy się nie ujrzy. W Stanach nie zajmowałem się niczym innym, tylko malowaniem, tak zarabiałem na życie. Po namalowaniu mniej więcej pięćdziesięciu obrazów, pakowałem je w wynajęty samochód i jechałem na English Stown, to taki duży jarmark. Wywieszałem tam swoje obrazy i o dziwo, miałem jakieś takie szczęście, że przeciągu trzech godzin, potrafiłem sprzedać wszystkie obrazy. W USA byłem dziewięć miesięcy.

Mieszkanie Albina Waczyńskiego od razu zdradza, że zamiłowaniem jego, jest malarstwo. W korytarzu wiszą czarno-białe oszklone grafiki. Natomiast w pokojach, oprawione w ramy akwarele i obrazy olejne ... Rysunki na brystolu, różnych formatów, małe, duże, średnie poskładane w reklamówkach, powiązane, w grubych teczkach, zalegają regały, szafy... Nawet zza firanki prześwitują olejne płótna. Ten artysta liczy już swoje prace nie na setki lecz tysiące.

- O samej sztuce, to ja mogę mówić dużo, albo bardzo dużo. Pokazywać jeszcze więcej. Sam już dokładnie nie pamiętam, ile już prac namalowałem ... Ale jedno mogę powiedzieć, nie czuję się wcale wielkim artystą, umiem malować, ale w głowie mi się nie przewraca. Jestem ogromnym realistą, wszystkiego co posiadam dorobiłem się wielką pracą.

Dzieciństwo artysta spędził w Choroszczy, tu też ukończył szkołę podstawową. Jego zdolności przejawiały się już od dziecka, z rysunku zawsze miał piątkę, tak zaczynała się jego fascynacja sztuką. Pierwsze akwarele i farby olejne kupiła mu mama i odtąd, każdą wolną chwilę, spędzał malując.

Będąc dzieckiem, miał jeszcze jedną wielką pasję, całkowicie odmienną od malarstwa, a mianowicie rzeźnictwo. Wiele czasu spędzał w mieszczącej się po sąsiedzku rzeźni, którą prowadził pań Franciszek Lewonowski. Albin chodził tam od siódmego roku życia. - Wykradałem czasami cielaka, zawieszałem gdzieś na haku i rozprawiałem go jak rzeźnicy. Od małego miałem do tego smykałkę. Te dziecięce praktyki zaowocowały tym, iż w czasie okupacji uzyskał papiery czeladnicze i pracował u Franciszka Lewonowskiego, jako rzeźnik.

Kolejnym krokiem w edukacji Albina Waczyńskiego było ukończenie Liceum Pedagogicznego w Białymstoku, w którym przepracował następnie trzy lata, jako nauczyciel prac ręcznych i rysunku. Swoim uczniom mówił: "Ze szkicownikiem nie macie prawa się rozstać, albo jeden szkic dziennie, albo kilka w tygodniu wykonać, ale trzeba ciągle rysować". Był nauczycielem rysunku, ale to mu nie wystarczało. Chciał czegoś więcej, chciał się rozwijać i realizować swoje malarskie marzenia. Dlatego też podjął naukę w Instytucie Prac Ręcznych i Rysunku, u profesora Kernickiego w Łodzi. Natomiast, gdy w międzyczasie przyjeżdżał do domu, do Choroszczy, z artysty stawał się rzeźnikiem. Szedł na rzeźnię i w te ręce, w których dotychczas trzymał pędzel, brał nóż rzeźniczy.
*****
Praca na rzeźni, w znacznym stopniu wpłynęła na jego decyzję wstąpienia na Akademię Medyczną w Białymstoku. Rzeźnictwo przyczyniło się również do tego, że w Akademii Medycznej, od razu zaczął pracować w prosektorium, jako zastępca asystenta w anatomii prawidłowej, u profesora Kiczko. Wspólnie otworzyli Wielkie Muzeum Anatomii Prawidłowej.

- Mając doświadczenie w rzeźnictwie, przy preparowaniu zwłok, od razu występowałem jako specjalista, nożem władałem kapitalnie. W celu odróżnienia nerwów ludzkich naczyń wcale nie potrzebowałem lupy.

Przez następne pięć lat, również wykonywał badania pośmiertne, ale tym razem zajmował się organami ludzkimi zmienionymi patologicznie.

- Dzięki sekcjom zwłok, poznałem, gdzie leży serce, płuco, jak wyglądają organy ludzkie będąc prawidłowe, a jak zmienione patologicznie. Dziś, choć jestem na emeryturze, mam w tej dziedzinie wielką orientację.

Mówi się, że anatomia prawidłowa i patologiczna, to jedna trzecia chirurgii. Przygotowanie anatomiczne Albin Waczyński już miał, postanowił więc spróbować swoich sił na chirurgii, rozpoczął ją w Bielsku Podlaskim. Te wszystkie specjalności, w medycynie, przy których potrzebne były zdolności manualne, wykonywał bardzo dobrze. Poczynając właśnie od chirurgii, ginekologii i położnictwa. Miał do tego naturalny talent. Przez ten cały czas oczywiście malował. Medycyna nie wykluczała malarstwa. Zawsze umiał te dwie swoje życiowe pasje, wspaniale pogodzić.

- Pracowałem jako lekarz, ale drugą rzeczą było malarstwo, to jest nieodłączne .... Albin, to człowiek energiczny, przedsiębiorczy, z ogromną silą wewnętrzną, ciekawy świata, a przede wszystkim dobrze zorganizowany. Wciąż coś robił, w coś się angażował. Gdy postawił sobie jakiś cel to nie dał za wygraną, jeżeli go nie zrealizował. Ukończył chirurgię, ale i na tym nie chciał poprzestać. Postanowił wykorzystać swoje przygotowanie z psychologii, nauczania i wychowania, które uzyskał w Liceum Pedagogicznym, rozpoczynając kolejną specjalizację, tym razem psychiatrię, w Szpitalu Psychiatrycznym w Choroszczy. W tym szpitalu jako psychiatra, przepracował piętnaście lat.

Psychiatria jest bardzo ciężką specjalizacją. Czasami ludzie mówią, że jeżeli ktoś jest psychiatrą, to na pewno, musi być dziwny. Ale ja jestem ogromnym realistą i na pacjenta patrzę normalnie, odbieram go bardzo realnie. W psychiatrii prowadziłem przede wszystkim psychoterapię rysunkową. Moi pacjenci malowali. Po kolorach, barwach, jakiem nadawali swoim pracom, oceniałem ich stan psychiczny. Ci, którzy byli w depresji, używali kolorów ciemnych, ciężkich, przytłaczających. Natomiast ci, których równowaga psychiczna była zachowana, malowali używając dużo żółcieni, czerwieni, preferowali barwy ciepłe. Malarstwo, było wspaniałą odskocznią od medycyny.

Albin Waczyński marzył również o ukończeniu architektury.

- Połknąłem tego bakcyla, gdy malowałem starą odchodzącą architekturę miast, wręcz mnie urzekła.

To marzenie nie było łatwe do zrealizowania, ale on zawsze był ambitny, więc i temu wyzwaniu postanowił sprostać. Podczas specjalizacji na psychiatrii, ukończył Wydział Architektura Politechniki Warszawskiej, uzyskując tym samym tytuł specjalisty budowy zakładów służby zdrowia.

- Znałem szpital od piwnic, stropów, aż po strych, lepiej od wszystkich jego dyrektorów razem wziętych. Na cmentarzu w Choroszczy, znajduje się oryginalny grobowiec z kamienia, to grobowiec rodziny Waczyńskich.

- Sam go zaprojektowałem, sam zbierałem kamienie i sam wymurowałem. Tu pochowani są moi rodzice. Bardzo ciężko przeżyłem śmierć matki. Może byłem gorszym mężem i ojcem, ale wzorowym synem. Po śmierci mamy, zachorował na serce. Częste stany zawałowe i przedzawałowe, spowodowały, że w 1978 roku przeszedł na rentę. Pracował jeszcze w poradniach zdrowia psychicznego, w Ostrowi Mazowieckiej i poradni PKP w Białymstoku.

Albin Waczyński bardzo ciepło wspomina również, swoją przygodę ze sportem.

- Byłem sportowcem, wciąż niezmordowanym, na pełnych obrotach. Albin potrafił kilka godzin przespać się, w zakładzie anatomii, na stole laboratoryjnym, a następnie wystartować w zawodach. Wynik ponad sześćdziesiąt metrów w rzucie oszczepem, zapewnił mu przynależność, do kadry najlepszych polskich sportowców. W Krakowie na Mistrzostwach Polski w rzucie granatem zajął trzecie miejsce, uzyskując wynik ponad dziewięćdziesięciu metrów.

- Byłem ogromnie silny. Jak komuś przyłożyłem nie miał prawa wstać. Boksowałem wtedy trochę ... Podnosiłem ciężary w wielkiej rodzinie Dąbrowskich. Byłem wtedy dobrze obudowany, więc ćwierć tony, brałem na swoje ramiona zupełnie swobodnie.

Były takie momenty, że gdy spóźniłem się na autobus, z torbą przewieszoną przez ramię, potrafiłem trasę Białystok - Choroszcz przebiec. Byłem nauczycielem, sportowcem, lekarzem, a nawet tańczyłem w balecie. Często jako wodzirej prowadziłem różne bale. Taniec był dla mnie z jednej strony przyjemnością, a z drugiej, takie przebieranie nogami, to niezły sport. Nosiłem nawet ze sobą dwie pary pantofli. Te do tańca były skórzane, oczywiście zelówki, obcasy ... Ja nie wiem, co to znaczy wąsy lub brodę zapuszczać. Syn mój mówi: "Ojciec należy do wzorów, zawsze jest ogolony". Chodzi tu o zasadę, o prezencję. Tak samo dokładny jestem w malarstwie.

Dorobek malarski tego artysty jest ogromny. Namalował wiele starych miast. Jeszcze nikomu nie pokazywał akwarel Kazimierza nad Wisłą, artysta ma ich ponad siedemdziesiąt. Można by było zorganizować wspaniała wystawę....

Jego prace były wystawiane na wielu wystawach zbiorowych i indywidualnych, w kraju i za granicą, miedzy innymi w Bułgarii, Rumunii, USA i na Węgrzech.

- Na Węgry wyjeżdżałem piętnaście razy, zawsze w sierpniu. Budapeszt przeszedłem pieszo..., rysowałem, a tam jest co rysować. Znam to miasto lepiej, niż naszą Warszawę. Z Budapesztu przywiozłem około pięciuset akwarel.

Za swój dorobek malarski i czynną działalność na rzecz kultury, został nagrodzony między innymi: Nagrodą Ministra Kultury i Sztuki w 1972 roku, natomiast w czerwcu w roku 1993, otrzymał złotą odznakę "Zasłużony Białostocczyźnie" Poza tym otrzymał wiele nagród na wystawach zbiorowych, plenerach oraz wielokrotne wyróżnienia w konkursach.

Rysował bardzo dużo starej, odchodzącej architektury, znikające pejzaże starej Choroszczy, Supraśla, Tykocina, Białegostoku w wielu odsłonach. Jego akwarele pokazują między innymi ginące fragmenty białostockich dzielnic, o starej zabudowie.

Dzięki nim możemy zobaczyć, jak wyglądało nasze miasto dawniej, co w nim było, a czego już nie ma i na pewno nie będzie.

- Białystok jest miastem kontrastów, lecz ma swój urok. Można w nim znaleźć perełki architektury, a obok nich obiekty mierne -świadectwo beztroski oraz bezmyślności projektantów i wykonawców. Obserwacja otoczenia i zachodzących w nim zmian, wyzwoliła u mnie chęć do malowania, szkicowania, poczynienia jakby inwentaryzacji tego, co pozostało z dawnych lat.

Prace tego artysty oddziaływują na widza nie tylko swym pięknem, ale także ciepłem kolorów oraz delikatnością dobrze wyważonej akwareli. Wyśmienicie oddają charakter ich autora, jego sposób postrzegania świata oraz zamiłowania. Tym samym udowadniają niezbicie kim jest autor, - wielkim entuzjastą i przyjacielem, dobrym malarzem, człowiekiem o otwartym sercu, wrażliwym na piękno i losy otoczenia. On nie maluje dla pieniędzy, dla sławy, ale z własnej wewnętrznej potrzeby Obrazów swoich prawie nie sprzedaje. Wiele z nich natomiast przekazał jako darowizny szpitalom, domom dziecka oraz indywidualnym sponsorom Białostockiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych, którego od 1980 roku jest prezesem.

Gdy zaczyna się Nowy Rok, obojętnie, czy jest zimno, zamieć, czy mróz, on wyjeżdża w teren, by malować.

- Ja musze namalować obraz, dwa, trzy, albo pięć szkiców. Takie jest moje dziwaczne postanowienie, że jak Nowego Roku nie zacznę, od wzięcia pędzla do ręki, to przez cały rok nie będę malował.

Mówi, że malować można wszystko, nawet kawałek rynny, jakiś kawałek bramy wejściowej. Pięknie namalowane, już jest dziełem. Artysta ten maluje pejzaże, architektoniczne zabytki, konie, kwiaty, lecz nie maluje ludzi, ich twarzy.

- Na psychiatrii napatrzyłem się a bardzo wiele cierpiących twarzy. Gdy się patrzy na anatomię twarzy i ma się jednocześnie przygotowanie psychologiczno - psychiatryczne, to widzi się każde cierpienie, każdy ból, każdy grymas. To wszystko potem zostaje w pamięci. ...Z twarzy ludzkiej, jeżeli się potrafi, to można czytać, jak z książki .... Dlatego ludzkich twarzy nie maluję, ale mam za to, cały cykl akwarel z końmi. Malowanie koni jest wspaniałą sprawą.

Albin utrwalił w akwareli najpiękniejsze zakątki Supraśla. Ze szczególnym uczuciem wyraża się o świętej sośnie w Supraślu.

- Ogółem mam namalowanych dziesięć sosen. Ta w Supraślu jest bardzo piękna, ale nie byłbym sobą, gdybym nie namalował jeszcze sosny z Kościuk bądź Siemianówki. Jak się te wszystkie sosny namaluje, to można powiedzieć, że się namalowało spory zbiór drzew.

Albin Waczyński nie maluje czasem tygodniami, jest to spowodowane kłopotami ze zdrowiem.

- Ale zaraz lato, zacznie człowiek jeździć, rysować. Jak namaluję obraz to mi szkoda sprzedawać, bo obraz jest jak własne dziecko. Często, czego nie powinienem głośno mówić, robię dwa, trzy, egzemplarze sprzedanej pracy. Ale nie ma dla malarza takiego samego obrazu Nie ma! Każdy obraz jest jedyny w swoim rodzaju.

Albin Waczyński dzierży w swoich rękach całą sprawę organizacyjną Białostockiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Co roku organizuje jeden dwa plenery, dla piętnastu - dwudziestu osób. Towarzystwo zbiera na to pieniądze przez cały rok. Uczestnikom pleneru zapewniają wyżywienie, zakwaterowanie, natomiast uczestnik w ekwiwalencie musi oddać dwa obrazy olejne bądź, od czterech do pięciu akwarel lub grafik. Prace te Towarzystwo wystawia w swojej Galerii czasami komuś daruje, bądź sprzedaje. Na plenerach tych spotykał Waczyński swego konsultanta profesora Włodzimierza Rawę z Akademii Sztuk Pięknych.
*****
- On mnie dopingował. Pokazywałem mu swoje prace, on je krytykował, ja prace poprawiałem i malowałem dalej.

Artysta wiele swoich prac sprzedał, bądź podarował po to, by finansowo wspomóc Towarzystwo. Niedawno sprzedał pięć akwarel, by zapłacić za ogrzewanie w BTPSzP Z uśmiechem wspomina, jak podarował "Browarowi Dojlidy" ponad piętnaście akwarel i grafik, na których przedstawił całą starą zabudowę Dojlid oraz stu dziesięcioletnią historię produkcji piwa- Co otrzymał w zamian? Dyrektor Browaru wystawił czek na pięć tysięcy złotych. Za tą sumę można było wówczas przez pół roku utrzymać Towarzystwo.

- Ja więcej swoich prac na utrzymanie Towarzystwa daję w ciągu roku, niż niektórzy jego członkowie w ciągu całej swojej przynależności. Malowanie to jedna rzecz, a administrowanie to druga, tego trzeba się naprawdę nauczyć. Jak szło się szukać sponsora, to z obrazem pod pachą. Cudzych obrazów nie będę niósł, oddaje więc swoje.... Towarzystwo fundowało najwyżej ramę. Naprawdę nie wiem, ile swoich prac oddałem w ten sposób...

Albin bardzo dużo pracuje nad formą, techniką, żeby była poprawna, aby pejzaże i akwarele były lekkie, dobre. Dlatego często, ten sam obraz maluje dwa, trzy razy

- Ale powiadam, po to, żeby malować, trzeba mieć poczucie perspektywy, koloru, trzeba malować w terenie. W terenie maluje się szkic, a w domu robi się rekonstrukcję obrazu, tzw. kadrowanie, polerowanie techniki. Wyrzuca się niektóre szczegóły, robi się ten sam temat, ale już ciekawszy, uporządkowany, z odpowiednią kompozycją i kolorem. Ponadto, jak przystępuję do namalowania dzieła, muszę je znać, od strony zabytkowej i architektonicznej. Chcąc być na bieżąco ze sztuką, dużo czytam, studiuję literaturę, podglądam, jak malują inni akwareliści.

Zdarza się również, że dzwonią do niego dawni pacjenci, prosząc o poradę. Dlatego też dużo czyta również i o medycynie, starając się i w tym temacie być na bieżąco. Na pytanie "bardziej lekarz, czy też malarz ?", odpowiada, że te dwa zawody idą w parze. W tej chwili prawie z wyboru, bardziej jest malarzem.

- Dziś, skończyła się już dla mnie sprawa medycyny. W tej chwili jestem trochę zmęczonym człowiekiem. "Facet z głową - tak mówią o nim znajomi - skończył studia, można na nim polegać. Rysuje, zna się na wielu rzeczach, doradza w sprawach medycznych. Każdemu starał się pomóc jeżeli tylko potrafił i to bezinteresownie. Dosłownie dał się lubić. Bardzo miły, przyjemny, każdego zaczepił, zażartował, niekonfliktowy, taki życiowy człowiek".

- Moja postać jest dla innych ciekawa, lub nie, ale mogę powiedzieć, ze lekarzem jestem niezłym. Jeżeli chodzi o efekty w lecznictwie, nie było tam picowania. Ja nie szedłem, tak jak się mówi: "Przyczyna idzie za skutkiem, czyli lekarz za trumną", ale mocno się napracowałem żeby umieć leczyć. W malarstwie, też mam coś do powiedzenia, umiem namalować akwarelą obraz i to niezły obraz. Malarstwo jest dla mnie odpoczynkiem, dopełnieniem, uzupełnieniem wiedzy To jest tak jakby się ładowało akumulator. Ja owszem, bardzo często meczę się po namalowaniu dwóch, ośmiu obrazów, ale taka kondycja, taki ładunek, on szybko wraca. To jest tak, jak przypuśćmy po to, żeby osiągnąć wyniki w sporcie trzeba trenować, w trening włożyć wysiłek, tak w malarstwie trzeba malować,

malować. Zostawiam po sobie dużą spuściznę ich prac. Moja córka jest architektem, syn inżynierem po Politechnice Łódzkiej, z. kierunkiem konserwacji zabytków, żona też się zna na obrazach, więc będą wiedzieli co po mojej śmierci z tymi wszystkimi pracami zrobić. Zostawiam im tylko jedno przykazanie: "Nie sprzedawajcie po pięć złotych, trochę drożej..."

Joanna Gromotowicz